50 kilometrów nocą… Śniegołazy po raz kolejny

Dla mnie po raz trzeci, dla Pawła czwarty. Co sprawia, że co roku, po  ciężkim tygodniu pracy, pakuję plecak z zamiarem marszu? W lutym, gdzie w lesie utrzymuje się jeszcze śnieg i bywa mroźno. Mając w planach nie spacer, ale przejście całkiem pokaźnego dystansu. Dość niecodziennego.

Przejście 50 kilometrów bez treningu jest w zasięgu wielu z nas. W trakcie spotkań rodzinnych na moim Podlasiu, często opowiadana jest anegdotka, jak to babcia Zinaida wyszła pewnego ranka do fryzjera. Zakład znajdował się w miasteczku oddalonym o 25 kilometrów. Drogę przeszła pieszo, do domu wróciła wieczorem. Zadowolona, z nową fryzurą.

Oboje z Pawłem dużo chodzimy, ale głównie na dystansach do 30 kilometrów. Dlatego za każdym razem uważam Śniegołazy za wyzwanie. Jestem dumna z przejścia trasy, choć niestety z fryzurą zmiętą pod czapką i z nowym odciskiem.

 

Śniegołazy – co to takiego?

Jest to inicjatywa klubu turystycznego AKK GDAKK, w którym się z Pawłem poznaliśmy i w którym prężnie działamy.

Co roku w okolicach lutego grupy piechurów wyruszają wieczorem z obu końców wyznaczonej trasy. Do przejścia jest około 50 kilometrów. W tym roku trasa przebiegała na jednym z odcinków pieszego Szlaku Kopernikowskiego: Malbork – Kwidzyn.

Sama impreza jest darmowa. Uczestnicy nie zajmują miejsc, nie ma rywalizacji. Nie nagradza się najlepszego czasu przejścia. Na swoim własnym podium może stanąć każdy.

Czy było ciężko?

Mimo tego, że Szlak Kopernikowski jest szlakiem pieszym, na odcinku, który przemierzaliśmy, było sporo asfaltu. Zdecydowaliśmy się pójść w butach o dość twardej podeszwie, co odbiło się na komforcie wędrówki. Latem trasa doskonale nadawałaby się na przejazd rowerem, dlatego wspólnie doszliśmy do wniosku, że musimy wrócić tu na dwóch kółkach.

Co do samopoczucia: pierwszy mały kryzys miałam około 16 kilometra, gdy zachciało mi się po prostu spać. Szybko jednak odgoniłam myśl o ciepłej kołdrze i wróciłam do grupy znajomych, włączając się ponownie w rozmowę.

Od połowy trasy szliśmy w trójkę (Adam pozdrawiamy!), wszyscy byliśmy w dobrym nastroju. Zdarza się, że po 40 kilometrze zapada cisza, nikt nie sili się już na rozmowę. U nas tak się nie stało. Na 45 kilometrze zaczęliśmy nawet biec, zadowoleni, że pracują nam w końcu inne mięśnie. Rozproszyliśmy się na ostatnich 3-4 kilometrach i każdy walczył sam ze sobą.

Przejście przez Kwidzyn, w centrum którego kończyła się trasa, nie przypominało marszu. Było to raczej „człapanie”. 🙂 Mimo tego średnia prędkość naszego poruszania się wynosiła 5,37 km/h, co stanowi naprawdę niezły wynik. Czas samego marszu to 9 godzin (nie wliczając przerw).

Więcej statystyk, które zarejestrowała Pawła aplikacja, wklejam poniżej.

 

Przyjemności, czyli jak przekonać organizm

W trakcie długiego marszu, zdarza się, że nachodzą wątpliwości. Na takie chwile zawsze przygotowujemy sobie coś smacznego. Wieloskładnikowe, kolorowe kanapki, domowy napój izotoniczny (woda z miodem i cytryną). Niezastąpiona jest czekolada (trzymana bliżej ciała, w innym wypadku przy niskiej temperaturze robi się twarda niczym kamień).

Dwa lata temu Paweł zrobił chałwę. W tym roku pojechaliśmy rano na ryneczek po… kaczkę. Po oporządzeniu, ugotowaliśmy rosół. Wyobraźcie sobie jak smakował, spożywany około pierwszej w nocy na przewalonym pniu, w ciemnym lesie. Gorący posiłek był strzałem w dziesiątkę.

W górach często zapomina się o zmęczeniu dzięki widokom, które potrafią nam serwować. Śniegołazy odbywają się nocą, co sprawia, że na piękne krajobrazy nie możemy liczyć. Rozejrzeć się można dopiero pod koniec marszu. Obserwowanie leniwie podnoszącego się słońca, niesamowicie dodaje otuchy. W Kwidzynie powitał nas rozlewający się na czerwono, przepiękny wschód słońca.

Warto było stanąć na chwilę i poczuć delikatne ciepło zimowego poranka.

 

Śniegołazy_2
Fot. Adam Specht

Na sam koniec dziękuję wszystkim GDAKKom zaangażowanym w organizację Śniegołazów oraz Adamowi i Mariowi za udostępnione zdjęcia.

Liczbowe podsumowanie Śniegołazów: na 150 osób założony dystans przeszło 119 osób.